Jerzy Porębski. Doktor nauk rybackich. Muzyk. Poeta. Legenda.

 

To było w październiku 2011 roku. Powiedzieliśmy wtedy:

Pytań zadawano Ci już mnóstwo. My poprosimy Cię o monolog. Teoretycznie mówisz, co chcesz. Ale – na wszelki wypadek – damy Ci kartkę z tematami, byś wiedział, w którą stronę chcielibyśmy Twoim monolo­giem sterować.

 

Jeszcze gdy byłem w szkole, marzyłem o tym, żeby zobaczyć morze, ocean. Żeby nie jeździć tam na wycieczki z Orbisem, tylko żeby zobaczyć prawdę: z morza, z oceanu, z życia marynarzy. I w tym moim życiu – a mam już swoje lata, bo jestem na emeryturze – tak się złożyło, że przez trzydzieści lat pływałem po morzu, na statkach rybackich, na statkach handlowych – polskich, angielskich, francuskich, niemieckich.

Szkołę kończyłem w Bytomiu, na Śląsku, liceum na ulicy Poznańskiej, czy – jak ktoś woli – Strzelców Bytomskich. Gdy byłem uczniem, to w domu miałem pół tony wody w akwarium. Znajdowałem skrzek żabi i jajeczka traszek, przewiązywałem je włosem i z takich jajeczek rodziły się dwie, trzy kijanki albo zrośnięte grzbietami małe traszki. Potem je hodowałem i nauczycielka biologii, pani profesor Żurawska, która obserwowała moje zainteresowanie przyrodą, kazała mi wszystko opisać i to była moja pierwsza publikacja… W Głosie Nauczycielskim.

Zdałem maturę w Bytomiu w 1956 i pojechałem do Krakowa, na Uniwersytet Jagielloński, składać wstępny egzamin na biologię. Napisałem chyba szesnaście kartek na temat dotyczący ewolucji. Na drugi dzień przyleciałem do dziekanatu, żeby zobaczyć, czy się dostałem. Lista jest wywieszona, na tej liście wisi około stu kandydatów, którzy nie zostali przyjęci, pięćdziesięciu – którzy zostali przyjęci, a dwa nazwiska są napisane osobno: egzamin poprawkowy. Te nazwiska to: Krzysztof Kaczanowski – mój przyjaciel i Jerzy Porębski, czyli ja.

Od razu pojechałem z Krakowa do Bytomia, zadzwoniłem do mojej pani profesor i po­wie­działem, że się nie dostałem. A pani profesor Żurawska, która też kończyła Uniwersytet Jagielloński, kazała mi wsiąść do pociągu, sama ze mną też wsiadła, przyjechaliśmy do Krakowa i zmusiła mnie, żebym się zgłosił na egzamin poprawkowy do profesora Zygmunta Grodzińskiego, autora wielu książek i podręczników. I poszła ze mną. Siedliśmy we trójkę, oni oboje coś się dziwnie śmiali do siebie, a ja cały struchlały czekałem. I pan profesor Grodziński powiedział:

– Panie Porębski, niech pan będzie uprzejmy opisać różnicę między gadami i płazami.

Nie miałem z tym najmniejszych problemów i właśnie wtedy okazało się, jaką zrobiłem pomyłkę w wy­pracowaniu: pomyliłem gady z płazami! Zamiast „gady” pisałem „płazy, a zamiast „płazy” – „gady”. Tak więc egzamin wstępny przeszedł mi na bardzo dobrze i zostałem przyjęty na uniwersytet.

Całe moje studia zostały ocenione na piątkę, mimo że były pojedyncze czwórki i trójki.

Pracę magisterską pisałem w Zakładzie Psychologii i Etologii Zwierząt u pana profesora Romana Wojtusiaka. Nazywała się „Reakcje ryb na światło i cień”, a robiłem ją nad morzem, w Gdyni: wkładałem kostium nurkowy, kładłem się nocą na dnie, na głębokości pięciu do dziesięciu metrów i obserwowałem zachowanie różnych zwierząt wzdłuż strumienia światła. Potem mi się to przydało, jak żeśmy na oceanie nocą, na światła łowili kalmary. Pracę robiłem w Morskim Instytucie Rybackim. Później pracowałem przez trzydzieści lat w tym samym Instytucie, tyle że w Świnoujściu.

Na egzaminie magisterskim, oprócz szeregu pytań sprawdzających znajomość sztuki obserwacji przy­rody, zadano mi pytanie:

– Pan się interesuje morzem, niech pan będzie taki miły i opowie nam, po co my śledzia łowimy? Co my z tego śledzia mamy?

No więc ja się wysilam: że mamy konserwy, że śledź jest marynowany, że śledź służy do wyżywienia ludzkości, że w okresie tarła…

Oni wszyscy kiwają głowami, a ja mówię i myślę już, że nie zdam.

Wreszcie profesor Wojtusiak się uśmiechnął i powiedział: „Dość.” Egzamin magisterski zdałem na piątkę.

 

Fot. Tomasz Goliński

Okres studiów wspominam jako nieprzerwane pasmo przygód. Na studiach szło mi stosunkowo dobrze, a poza studiami zajmowałem się muzyką.

Już na pierwszym roku studiów poszedłem na koncert jazzu tradycyjnego i byłem zauroczony trąbką. Złożyłem ze dwa czy trzy stypendia i kupiłem sobie pierwszą trąbkę. W różnych klubach w Krakowie wchodziłem na dancingi, to się wtedy nazywało „wieczorki taneczne”, stałem pod orkiestrą i patrzyłem, jak muzycy grają. I uczyłem się grać na trąbce w średniej szkole muzycznej u profesora Ludwika Lutaka, jednego z lepszych profesorów w klasie trąbki. A profesor powiedział mi:

– Albo będziesz dalej u mnie studiował – wtedy musisz rzucić biologię, albo zostaniesz na biologii i będzie cię uczył ktoś inny.

Powiedziałem profesorowi, że chcę zobaczyć świat, chcę zobaczyć, że on naprawdę jest okrągły, że nie to jest komunistyczna propaganda.

I tak się skończyła moja nauka w szkole muzycznej. Ale przez rok nauczyłem się, ile się dało, bo uczono mnie tam jeszcze gry na pianinie, solfeżu w filharmonii.

 

W Krakowie mieszkałem przez pięć lat w domu studenta „Rotunda”. W tym samym, w którym w tym roku, 2011,  już po raz trzydziesty, odbył się festiwal szant.

Kiedy po raz pierwszy zostałem zaproszony do Krakowa na szanty, byłem zdziwiony: ci ludzie, którzy mnie słuchają, żeglarze, co oni mają wspólnego z pieśniami o rybołówstwie? Ale okazało się, że moje piosenki się podobały i parę razy dostawałem tam nagrody, wyróżnienia. I tak pozostało do dzisiaj.

García Marquez pisał, że całe nasze życie to są koła, które zataczamy naszym życiorysem. Mnie jedno z tych kół zamknęło się w „Rotundzie”.

Fot. Tomasz Goliński

W czasach studenckich rozkwitałem. Chodziłem na koncerty jazzowe, których było mnóstwo, mimo że ówczesne władze bardzo niechętnie patrzyły na jazz, który pochodził z Ameryki, od kapitalistów. Na drugim roku studiów sam założyłem i byłem prezesem Studenckiego Jazz-Klubu „Nawojka”.

„Nawojka” to był dom studencki dla dziewczyn, bliźniak „Rotundy”. Był tam bardzo fajny klub, gdzie zaczęliśmy organizować wieczory, które się nazywało „Chała z dżemem”. Kupowaliśmy chałki, ze dwa­dzieś­cia słoików dżemu i kto wchodził na salę dostawał taką chałkę z dżemem. Przychodzili tam wszys­cy jazzmani: Kurylewicz, Karolak, przychodził duet Tomaszewski-Kisielewski – pamiętam wpusz­czałem ich za darmo, Tomasz Stańko też tam grał na trąbce.

I to były moje pierwsze spotkania ze znanymi muzykami. W moim pokoju w akademiku mieszkał na waleta Adam Matyszkowicz, który później zmienił nazwisko na Makowicz i teraz jest jednym z najlepszych pia­nistów jazzowych na świecie. Nasze koleżeństwo trwa, spo­tykamy się czy to w Nowym Jorku, czy gdzie indziej.

Adaś był na moim koncercie w Waszyngtonie, w Ame­ri­can Center of Polish Culture. Po koncercie go pytam:

– No jak, Adaś, podobał ci się koncert?

A on:

– Takie sobie wybrałeś życie: zamiast muzyki – pły­wa­nie. Ale jutro będą pisać w gazetach polo­nij­nych: „na kon­cer­cie Jerzego Porębskiego był – i tu dużymi li­te­rami – Adam Makowicz”.

Fot. Tomasz Goliński

 

W Krakowie miejscem, w którym spotykali się jaz­zma­ni, był klub „Helikon” na ulicy św. Marka i Klub Plas­tyka na ulicy Łobzowskiej. Chodziłem tam na jam-sessions i na niektóre koncerty brałem trąbkę. Tyle że wtedy jeszcze ta moja trąbka była dosyć słaba, więc generalnie uczyłem się – patrzyłem, jak grali słyn­ni jazzmani: Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak, czy „Czani” Stanczew – Bułgar, który rewela­cyj­nie grał na trąbce i ja wzorowałem się na jego solówkach. W czasie studiów, gdy już się trochę nauczyłem grać na trąbce, grywałem dosyć często: na wieczor­kach tanecz­nych, na koncertach i na zabawach – tak to się nazywało w owych czasach.

Dlaczego wspominam o Klubie Plastyka na Łobzowskiej? Bo w tym roku Szanty Krakowskie, w oso­bie dyrektora Krzysia Bobro­wicza, zrobiły mi nie­spo­dziankę: otóż w tym samym Klubie Plasty­ka na ulicy Łobzowskiej spotkałem się z zespołem Old Me­t­ro­po­li­tan Band, z muzykami, których znałem przed trzy­dzies­tu czy czter­dziestu laty. Przyszli na scenę i po­wiedzieli: „Jurek, pograj z nami.”

I wyobraźcie sobie, że 26 lutego 2011, na kra­kow­s­kich Szan­tach odbył się koncert jazzu nowo­orle­ańs­kiego w wykonaniu zes­po­łu Old Metropolitan Band! Ja tam grałem trochę na pianinie i na trąbce, ale rów­no­cześnie w harmonii i w stylu nowoorleańs­kim śpie­wa­liśmy moje piosenki takie jak „Gdzie ta keja”, „Por­to­wa ta­wer­na”, „Cztery piwka” czy „Pożeg­na­nie Li­ver­poolu” – szantę, którą zaw­sze śpiewamy na ko­niec, oczywiście autorstwa nie mojego.

Z bardzo wielkim wzruszeniem to spotkanie na Łobzowskiej w Klubie Plastyka wspominam – znowu kolejne koło się zamknęło.

Z tego powstała płyta. Nagrywaliśmy przy przepełnionej sali – orga­nizatorzy nie spodziewali się tak dużego udziału publiczności. W tej sytuacji nagranie musi mieć swoje wady, ja na przykład by­łem trochę zestresowany, trochę zmęczony, bo to już był trzeci dzień festiwalu. Ale płyta – choć może nie w peł­ni oddaje to, co chcia­łem przekazać miłośnikom jazzu tradycyjnego – jest jednak doku­mentem, który mó­wi, że próbujemy ruch szantowy powiązać z mu­zy­ką jazzową. To samo zresztą ma miejsce w Gdańsku, gdzie są co roku koncerty „Jazz i szanty”.

 

Bardzo dużą rolę w tym moim, nazwijmy to, szantowym życiorysie odegrała Halina Stefanowska.

Już mieszkałem w Świnoujściu, już pracowałem w Morskim Instytucie Rybackim. Już popłynąłem na morze, już ułożyłem pierwsze piosenki. I tak dowiedziała się o mnie Halina Stefanowska. Jak mi później opowiadała, ktoś jej powiedział, że jest taki rybak, który śpiewa piosenki o morzu, o życiu rybaków na oceanie. Więc wsiadła w pociąg i przyjechała do Świnoujścia, z przekona­niem, że spotka takiego Nikifora piosenki żeglarskiej.

W Świnoujściu, zabrałem ją na wyspę Czterech Dębów, ona cały czas nagrywała moje opowieści, a właś­ciwie moje piosenki. Wówczas festiwal, gdzie śpiewano piosenki o morzu, był tylko w Mikołajkach – tam wtedy urzędowała Kasia Komosa, szefowa wioski żeglarskiej. Halina namówiła mnie, żebym w tym festiwalu wziął udział. Poje­cha­łem i byłem bardzo mile zdzi­wio­ny, bo okazało się, że dos­ta­łem pierwszą nagrodę. Była nią jakaś figurka kupio­na w kios­ku „Ruchu”, ale nie w tym rzecz. Tam poznałem Mar­ka Szurawskiego, Janusza Sikors­kiego, Ryszarda Muzaja – ludzi, z którymi później, w 1982, założyliśmy zespół Stare Dzwony.

Fot. Tomasz Goliński

 

Później ja przyjeżdżałem do Warszawy, a Halina zabierała nas do Polskiego Radia, gdzieśmy nagry­wali. W czasie jednej z rozmów wspomniałem, że ja znam bardzo dobrze Adasia Matyszkowicza i że z nim gra­łem. Halina zaś, znając Adama już jako Makowicza, pomyślała, że mówię o Jerzym „Dudusiu” Matusz­kiewiczu – filarze zespołu Melomani, słynnym jazzmanie, muzyku i kompozytorze, zwłaszcza muzyki fil­mo­wej. I spowodowała, że w Warszawie na jednym z moich koncertów pojawił się „Duduś” Matuszkie­wicz. Posadziła nas przy jednym stoliku i czeka. „Duduś” Matuszkiewicz patrzy na mnie, ja na niego – i wte­dy okazało się, że ja mówiłem o Matyszkowiczu Adamie – pianiście, a nie o Matuszkiewiczu – sakso­fo­niście. Ale dzięki tej pomyłce poznałem „Dudusia” Matuszkiewicza i mam przyjemność uważać się za jego znajomego.

 

Ale wróćmy jednak do czasów dawniejszych. Zaraz po studiach znalazłem się z powrotem w Bytomiu i tam byłem szefem laboratorium w Centralnym Szpi­talu Górniczym. Ale moja tęsknota za morzem i za oceanem zaowocowała w ten sposób, że z Bytomia pojechałem do Świnoujścia, gdzie udało mi się załatwić pracę w Morskim Instytucie Rybackim. Straszono mnie, że będę musiał pływać w długie, półroczne rejsy, na statkach rybackich, na których podówczas jesz­cze nie było tak wygodnie, jak jest teraz.

Straszono mnie tym, o czym marzyłem najbardziej! A ja, mimo tęsknoty za lądem, mimo początkowego zmęczenia choro­bą morską, mimo nowych sytuacji i nowych wrażeń, od począt­ku byłem oczarowany tym, cośmy wyciągali z wody: rozgwiaz­dami, ukwiałami, jeżowcami, tonami kolorowych ryb, które mia­łem oznaczać i badać.

Ale przyszedł pierwszy rejs. Rejs za północno-zachodnią Afrykę na statku Barakuda, należącym do Przedsiębiorstwa Poło­­wów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra”. I na tym statku musiałem się jakoś zasymilować. Facecik, świeżo upie­czony magister, który płynie z chłopakami zaprawionymi w bo­jach, z rybolami mocnymi charakterem. Wśród samych rybaków – facet, który siedział sobie w Krakowie, grał na trąbce, trochę na pianinie.

Fot. Tomasz Goliński

Nie umiałem wtedy jeszcze w ogóle grać na gitarze. W Krakowie do naszego akademika w „Rotun­dzie”, na pierwszym piętrze przyjęto dziewczęta – studentki. Mieszkałem na trzecim piętrze i koniecznie chciałem tym dziewczynom zaimponować. Więc siadałem na oknie, spuszczałem nogi na dół, brałem gitarę i wyśpiewywałem coś takiego:

se si bą, dan le kri de wuają – la-la-la la-la-la

I tyle tylko umiałem na gitarze.

Na statku z trąbką – ciężko: słyszą wszyscy, przeszkadza w spaniu, bo zawsze są nocne zmiany. Pianino też trudno zabrać. Więc na statku uczyłem się brzdąkać na gitarze.

Fot. Tomasz Goliński

 

Pamiętam jak dzisiaj, bardzo wzruszający dla mnie moment: siedziałem w kabinie sam, kolega był na wachcie, a ja sobie na tej gitarze brzdąkałem. Słów do piosenek przeważnie nie pamiętałem, więc układałem rymy, na przykład „Płynę ja na oceanie… fale… może coś się za chwilę stanie…”, brzdąkając i popi­ja­jąc kawę. A pod moją kabiną siadło dwóch czy trzech z kawą i słuchają. Otworzyłem drzwi, widzę, że sie­dzą i mó­wię: „No to siadajcie razem”. I siedliśmy. Ktoś tam zaśpiewał jakąś piosenkę góralską, bie­siad­ną… I tak powstały te spotkania na statku, w mesie, gdyśmy sobie grali i śpiewali. Potem, w długich rejsach, nazywa­liś­my to „uczłowieczaniem”.

Mówię o tym dlatego, że nieraz pytają mnie ludzie:

– No dobrze, pływacie na tych statkach, a kiedy śpiewacie te szanty? Czy one są potrzebne do waszej pracy? Po co te szanty na statkach rybackich?

Więc wyjaśniałem i wyjaśniam, że szanty są to pieśni pracy, które śpiewano na starych żaglowcach, by pomagały w pracy. Na przykład szanty kotwiczne miały pomagać przy wybieraniu kotwicy. Przy wybie­raniu żagli w czasie sztormu trzeba było rytmicznie – to „Hej – rrrrup!” – podciągnąć żagle. A moje piosen­ki to są w większej części ballady, czyli opowieści o życiu i pracy na morzu. Mam wielu przyjaciół zajmują­cych się dziennikarstwem, którzy mówią mi:

– Jurek, te twoje piosenki to są takie reportaże z życia na morzu.

Ludzie pytają mnie też:

– Jurek, na czym polegała twoja praca na statku? Do czego tam byłeś potrzebny?

Moje stanowisko nazywało się „zastępca kapitana do spraw zwiadu rybackiego”. Przyjeżdżaliśmy gdzieś na szelf północno-zachodniej Afryki, a wtedy przychodził do mnie kapitan i mówił:

– Te, doktór, gdzie są ryby?

A ja mu spokojnie odpowiadałem:

– Panie kapitanie. Ryby są w ładowniach dobrych kapitanów.

To żart oczywiście. Praca moja polegała na tym, żeby pomagać kapitanowi w znalezieniu ryb czyli – jak to mówimy – koncentracji rybnych. Następnie, żeby oznaczyć gatunki nieznane i okreś­lić, czy mogą być przydatne do konsumpcji, czy na mączkę rybną, czy są trujące, czy jadowite. I ostatnie zadanie, już nau­ko­we, polegało na tym, żeby określić stan biologiczny tych ryb.

Może teraz króciutko, na czym to polegało.

Rybołówstwo na całym świecie korzysta z koncentracji ryb. Ryby się „koncentrują” albo na tarło – jeśli mają okres godowy, albo w rejonie, gdzie jest duże zagęszczenie planktonu, którym się odżywiają. A dla ryb drapieżnych miejsce koncentracji jest tam, gdzie są ławice ryb planktonożernych, którymi z kolei one się odżywiają.

Pierwszą sprawą jest kwestia tarła. Kapitan nałapał ryb i ja muszę określić ich stan biologiczny: czy mają pasożyty, czym się odżywiają. By to zrobić, przecinałem rybie żołądki. Jednocześnie określałem, w ja­kim stanie dojrzałości są gonady. Jeśli widzę, że są dojrzałe i gdzieś za pięć dni będzie tarło, to wiem, że gdzieś za tydzień powinniśmy wrócić w to samo miejsce, bo tu mogą być duże koncentracje ryb. Nato­miast jeśli stwierdzam, że gonady są puste, nie ma w nich ikry, nie ma mlecza – jak go nazywamy, to znaczy, że tarło było, ale na przykład tydzień czy dwa tygodnie wcześniej. Wypuszczam więc za burtę siatkę plank­to­nową. Jesteśmy na łowisku, na którym w ogóle nie ma ryb, a ja tą siatką wyławiam ikry. Wtedy biorę mapę prądów – kierunek i siłę tych prądów łapie się z satelity – i widzę na przykład, że prąd płynie z północnego zachodu i ma szybkość trzech węzłów. Więc patrzę, w jakim stanie rozwoju jest ikra. Jeśli ma na przykład cztery dni, idę wstecz wobec kierunku prądu – 24 razy 4 – i potrafię kapitanowi zaznaczyć miejsce, gdzie praw­dopodobnie jest tarło, a więc miejsce, gdzie ryby się skoncentrowały.

Albo: statek sobie płynie szukając łowiska, ja wypuszczam siatkę planktonową i raz mam parę gramów planktonu na dnie, a raz – kilogram. Więc w miejscu, gdzie jest dużo planktonu, mówię kapitanowi:

– Spróbuj tutaj wydać sieci.

I na tym polegała moja pomoc kapitanowi w znalezieniu ryb. Oczywiście, gdy się ryby znajdzie, to raz – że samemu się łowi, a dwa – podaje się przez ukaefkę pozycję koncentracji innym statkom floty polskiej.

Miałem jeszcze jedno zadanie. Byłem przedstawicielem Polski w ONZ-ecie, w Międzynarodowej Ra­dzie Badań Morza, w komitecie Shellfish And Benthos Committee – skorupiaków i „bentosu”, czyli orga­nizmów żyjących na dnie oceanu. Moim zadaniem było przerwanie połowu, kiedy za dużo statków eks­plo­atowało ryby. Na statkach naukowych, na których pływałem, echosondy miały tak zwany echointegrator, który potrafił odpowiedzieć na pytanie, ile jest ryb na łowisku. Pływało się na pewnym akwenie, echointe­gra­tor zliczał echa tych ryb i mówił: „jest 120 ton ryb”. Wtedy wolno nam było odłowić, bez szkody dla stada, gdzieś około pięćdziesięciu procent.

Statki codziennie zdają raport z połowu. Więc jeśli suma doszła do 60 tysięcy ton, to mówiłem:

– Koniec. Trzeba te ryby zostawić, by dać im szanse na kontynuację rozmnażania.

Dlaczego nie szkodzi, że wyciągniemy połowę tych ryb z wody? Natura tak zrobiła, że jedna ryba pro­dukuje kilkadziesiąt albo kilkaset tysięcy ziaren ikry. To jest ogromna liczba. Ta ikra złożona do wody jest albo zapłodniona, albo nie – i to jest tak zwana pierwsza śmiertelność. Później larwy, gdy dojrzewają, są wyjadane przez inne gatunki ryb, napadają na nie pasożyty – tak że śmiertelność jest tam bardzo duża. Kiedy ikry w wodzie jest mniej, to wylęgające się młode rybki mają więcej pokarmu, szybciej rosną, więc są mniej narażone na wyżeranie i na choroby. W ten sposób całe stado może się obronić i rozmnażać. A to gwarantuje, że ryb w oceanie nie zabraknie.

Statek rybacki można porównać do wielkiego drapieżnika, który przyszedł, by żywić się zasobami morza i oceanu.

Na statku najważniejszym elementem jest człowiek – załoga.

Załoga ma swoje tajemnice, jest zżyta, zna się między sobą. Nagle wchodzi na statek jakiś facet z Instytutu. Więc wszyscy patrzą, czy on nie jest przypadkiem „długie ucho”, znaczy czy nie doniesie gdzieś, jak my tu biznesujemy czy robimy różne sprawy. Jakie ten facet ma zadanie? Może przez niego obniżą nam zarobki, bo nagle okaże się, że za dużo zarabiamy?

Pozycja takiego człowieka, który wchodzi na statek, jest na samym początku trochę dwuznaczna. Zdarzało się, że taki obcy na statku był – i nagle go nie ma. Może za granicę uciekł? Czasami zdarzały się smutne rzeczy, ale nie będę tego rozwijał.

W moim przypadku zawsze zapraszał mnie kapitan i tak prowadził ze mną rozmowę, żeby zorientować się, z kim ma do czynienia. Potem zaczynaliśmy grać w brydża. Ja gram dosyć dobrze, więc się wkupiałem do tych załóg. Potem okazywało się, że gram sobie na gitarze i śpiewam. A potem się okazywało, że znam trochę języków, więc mnie zabierali do sklepów, żeby uzyskać niskie ceny.

Byliśmy raz jednodniowymi milionerami. W Las Palmas na brzegu handlarze proponowali, że kupią metale nieżelazne. Więc w kolejne rejsy rybacy ze sobą zabierali różne rurki miedziane, bo za to się dosta­wało dosyć dobre pieniądze. Raz w jednym rejsie sprzedali tego trochę, przyszli do mnie i mówią:

– Te, doktor, chodź z nami! Dzisiaj Las Palmas jest nasze! Kupimy ci gitarę!

Kupowali jakieś pamiątki, jakieś zabawy… Oczywiście te pieniądze były przeznaczone na rozrywkę.

Dlaczego o tym mówię? Bo gdy schodziliśmy ze statku, to znałem życiorysy wszystkich kolegów, z któ­ry­mi pływałem i ich opowieści życiowe. Znałem już wszystkie ich narzeczone, takie dwu-, trzydniowe. I bar­dzo byłem z tego dumny, że miałem setki przyjaciół w różnych miastach Polski i ta przyjaźń się brała z mo­rza.

Fot. Tomasz Goliński

 

W morzu był też czas na tak zwane życie intymne, nazwijmy to w ten sposób. Wszyscy tęsknili za do­mem. Wypłynęli w rejs po to, żeby zarobić pieniądze, żeby rodzinie poprawić standard życia, ale nostal­gia za lądem, za rodziną, za domem, to była podstawowa rzecz, która nas łączyła.

Po wachcie na przykład mechanik dzwoni do mnie: „Poręba, wpadnij do mnie na chwilę.” Ja mówię: „Dobrze.” Ubierałem się w białą koszulkę, przychodziłem do niego, kawa była zaparzona, jakieś ciasteczka – o ciasteczka prosiło się kucharza – i siadaliśmy. Przed nami karty i graliśmy w garibaldkę – pasjans na dwójkę. I toczyliśmy rozmowy. O życiu, o domu, o rodzinie, o Panu Bogu, o tych marzeniach, które nas trapiły w czasie rejsu.

Jeden kolega, elektryk, był zapalonym kajakarzem. Gdy przychodziliśmy do jego marzenia, że jak skoń­czy­my rejs to pojedziemy na Mazury i tam będziemy pływać na kajaku, mówił:

– Jurek, jesteśmy w Giżycku, na AZS-ie i pożyczamy kajak, i płyniemy. Płyniemy tu w prawo, tu w lewo, potem wchodzimy na Krutynię…

Mieliśmy mapę Mazur i wszystkie dni tego wymarzonego rejsu na kajaku przez jakieś dwa tygodnie były opisywane. Z tego – pamiętam – też powstało parę moich piosenek.

I wszystko działo się bardzo odświętnie, w kabinach, gdzie staraliśmy się utrzymać podniosły nastrój.

Już nie będę wspominał o świętach, które były bardzo celebrowane na wszystkich statkach – czy to święta Wielkanocne, czy Bożego Narodzenia. Kucharz czy ochmistrz zabierał choinkę z kraju, trzymał ją oczywiście w lodówce. Zabierali jakieś karpie – na statek rybacki! To jest osobna opowieść.

A rozmowy przez radio! Helenka znała radiooficera ze Szczecina, teraz mojego kolejnego bliskiego przyjaciela, i kiedyś o dwunastej w nocy na Sylwestra dorwała się do radia. A do mnie przylatuje „radzik” i mówi „Poręba, masz rozmowę z krajem!” Tysiące polskich marynarzy, którzy pływają po oceanach świa­ta, chcą w Sylwestra, o dwunastej w nocy złożyć życzenia. Przepchać się do takiej kolejki to jest coś niesamowitego.

To życie intymne na statku jest dosyć skomplikowane. Na przykład radiooficer dostaje wiadomość, że jakiemuś rybakowi urodził się syn, albo umarł ktoś w rodzinie. W tym drugim wypadku na ogół mówimy „trzeba na niego uważać, trzeba go otoczyć opieką, bo może mu odbić szajba” – co znaczy, że trzeba temu komuś wybaczać różne „nie takie” zachowania. Czasami jakiś rybak tracił, nazwę to, odporność psychiczną – trzeba było jechać do portu i poddać go opiece lekarskiej, po której wracał do kraju.

Pamiętajmy, że zawód rybaka jest jednym z najcięższych zawodów, jakie człowiek może wykonywać. Praca górnika, potem praca rybaka.

 

Pytają mnie niektórzy:

– Powiedz, Jurek, kto jest dla ciebie wzorem, jeśli chodzi o te twoje piosenki? Jakie książki czytasz? Jakie wiersze?

W piosence jest muzyka i tekst. A potem to, co możemy ogólnie nazwać zachowaniem się na scenie.

Na tych moich – nazwijmy je – koncertach, staram się opowiedzieć o życiu i pracy na morzu. Jest to realizacja jednego z punktów regulaminu Instytutu, w którym pracowałem, mianowicie: popularyzacja wie­dzy o morzu. My, Polacy, do dziś nie za bardzo wiemy, co to jest ocean, jakie jest jego życie i funkcjo­no­wa­nie, co to jest rybołówstwo i tak dalej. Więc staram się to przybliżyć, tak jak teraz, opowiadając o moim życiu na morzu.

Jeśli chodzi o teksty i sposób zachowania się na scenie – jest wielu autorów i wykonaw­ców, szczegól­nie cudzoziemskich, ale na mnie największe wrażenie sprawił Wojciech Młynarski i Andrzej Rosiewicz.

Natomiast jeśli chodzi o czytanie, o poezje i o prozę… Przez długi czas byłem zafascynowany klasy­kami: Mickiewiczem, Słowackim. Lubię poglądać wsparty na Judahu skale, jak spienione bałwany ścis­nąw­szy się buchają,Okręt zrywa się z wędzidła, nurkuje w pienistej zamieci, wznosi kark, zdeptał fale… – to z „Sonetów”. To zostało we mnie i chyba jest dużą pomocą w tej mojej zabawie w układanie słów: lubię poglądać wsparty o reling, gdy fale w natłoku u nóg mych płyną

Poezję czytuję, bo chcę poprawić swój warsztat, bo w ogóle człowiek chciałby być lepszy, ale jakoś nie czuję się fanatykiem poezji, szczególnie tej nowoczesnej.

Jeszcze do oper też mam stosunek, powiedzmy, dość dwuznaczny, mimo że mój wujek był tenorem w operze paryskiej i gdy słuchał tych moich śpiewów, to mówił:

– Jurek, przecież ty w ogóle nie umiesz śpiewać.

To prawda. Jestem amatorem we wszystkich tych trzech dziedzinach: w tekście, w wokalistyce i w za­cho­waniu sie na scenie. Ale moje spotkania z publicznością, te moje opowieści o morzu, to jest – może nad­używam tych słów – teatrzyk muzyczny. Jest w tym synergizm: wiadomo, że spędziłem trzydzieści lat na morzu i wiadomo, że mam do przekazania jakieś rzeczy, które dla słuchacza są nowe.

Często przychodzą ludzie i mówią, że nie wiedzieli, że można w ten sposób robić pewne rzeczy na estradzie. Pewien profesor ze Szkoły Teatralnej w Łodzi powiedział mi:

– Jurek, wysyłam na twoje koncerty studentów, bo ja na wykładach uczę, czego nie wolno robić na estra­dzie w czasie występu: nie wolno się w głowę podrapać, czy czapkę zdjąć, czy taką minę robić, bo to psuje efekt. A im mówię: „Idźcie zobaczyć, bo Porębski robi wiele takich rzeczy, których nie można robić na estradzie, ale on to robi w taki sposób, że w tej jego zabawie na scenie to pomaga w interpretacji.”

Fot. Tomasz Goliński

Do dziś jest dla mnie miłym zdziwieniem, że na moje opowieści przy­cho­dzą ludzie i chcą ich słuchać przez godzinę czy dwie. W Gdyni, w Hotelu Nad­morskim na salę przychodzą rybacy, z którymi pływałem, od rangi kapi­tana do bajkoka. Najbardziej mnie wzrusza, gdy mówią:

– Tak było!

Ja, patrząc na poszczególne twarze, pytam:

– A pamiętasz, z tobą byłem w Dakarze i tam spotkaliśmy Leonida  Teligę? Pamiętasz, jak byliś­my w takiej tawernie…

I tu zaczyna się dialog ze sceny z publicz­noś­cią, opowieści o tym, co się kiedyś działo w morzu. To sobie cenię najbardziej i to mi się zda­rza dość często, głównie w Hotelu Nadmorskim w Gdyni. Nie traktujcie tego jako reklamy, ale was zapra­szam, gdy kiedyś będziecie w Trójmieście, na takie spotkanie.


Fot. Tomasz Goliński

 

W długich rejsach musiałem się wielu rzeczy nauczyć. Już pomijam sprawy zawodowe: oznaczenie tych stu pięćdziesięciu gatunków ryb w zaciągach, obliczenie procentowego udziału poszczególnych gatunków, zdecydowanie które są jadalne, a które trujące i nie nadają na przetwórstwo, określenie ich stanu biologicznego.

Ale statek –  jak już mówiłem – to jest bardzo wielki drapieżnik, który odżywia się rybami a do połowu ryb służą sieci. Sieciarstwo to jest osobna dziedzina sztuki. Mamy włoki denne, włoki pelagiczne, mamy longline’y, mamy pławnice – dobiera się je w zależności od tego, jaką eksploatację chce się prowadzić. Sprzę­tu jest bardzo dużo i w nazwach jest mnóstwo słów z języków obcych, przeważnie z holenderskiego, niemieckiego, angielskiego. Kiedyś Holendrzy uczyli nas, Polaków, jak łowić ryby na oceanie, a teraz – no, może z dziesięć lat temu – Holendrzy wchodzili na nasze statki, żeby się uczyć techniki połowu.

Nau­czy­łem się trochę tych słów, które towarzyszą wydawaniu i wybieraniu sieci. Teraz jeszcze echosonda ma tę siłę celu, ma sonar, który tak pika na statku…

Chciałem opisać w piosence trudny proces wydawania i wybierania włoka, operowania sieciami. Kiedyś zadzwonili do mnie z Mazur harcerze: byli na obozie i rozpisali konkurs, kto wytłumaczy więcej słów z mojej piosenki „Rybacy”:

Zadudniły bobiny,
zagdakały pływaki,
rufą biały kilwater wciąga sieć;

sieć poszła,
wczepiono deski,
za rufą sznurków splot…,
sześćset metrów na rolach – winda stop!

Dzwonili do mnie, żeby się upewnić, co znaczą poszczególne słowa. Wiele z nich jest niezrozumia­łych dla normalnego słuchacza. Żeglarze częściej to rozumieją.

 

Każdy zawód ma swoją gwarę. Mają swój język górnicy. Rolnicy też – płodozmiany, nazwy na­wozów. Kiedyś przyjechała do nas komisja morska z Sejmu. Zaproszono mnie, a ja zaśpiewałem piosenkę o war­szawskim dworcu. Ponieważ to było ministerstwo rybołówstwa i jednocześnie transportu – pani minister zrozumiała coś z tej piosenki i na kolei zrobiło się trochę lepiej.

Na statku wytwarza się także gwara lokalna. Chciałem to podać w piosenkach, żeby wiedza o ryba­kach, o morzu, o ocea­nie stała się w Polsce bardziej popular­na. Chyba w ten sposób w pio­sen­kach jesz­cze nie opisywano zawo­du rybaka.

Jestem podobno pierwszym autorem, który utrwala w literaturze gwarę rybaków. Było już kilka prac magisterskich i chyba jeden doktorat, których autorzy za materię wzięli sobie teksty moich piosenek. Jestem oczywiście bardzo dumny z tego.

Fot. Tomasz Goliński

 

Kilka razy mi się zdarzyło, że nau­czy­ciele polskiego prosili mnie o przy­sła­nie tekstów, gdzie są uży­wane onoma­to­peje. I nie zaskwierczy w kilwaterze syk szam­pana, nie napnie fałów szkwałów wiew. Mknie chyżo w przestworzach ślizg na pło­zach, aż szoty grzeją dłoń… – aż mi odde­chu brakuje, gdy to mówię.

Cieszy mnie to, bo ta zabawa trwa. Jest mi bardzo miło zawsze śpiewać i pat­rzeć, jak moi słuchacze mają chwilę radości.

 

Chciałbym na koniec zaśpiewać piosenkę, którą zilustruje taka opowieść:

Są dwa momenty w życiu marynarza, w życiu rybaka bardzo ważne. Pierwszy – gdy wypływa w rejs. Ma wreszcie z głowy te wszystkie lądowe sprawy, robienie zakupów, płacenie rachunków, oglądanie tele­wizji, choć z tym akurat może różnie bywać. Ale nareszcie wypływa, świat się staje uporządkowany i za­mie­nia się w świat wacht, codziennie zarabia się jakieś tam pieniążki, trochę się dzieje, ale w każdym razie jest to życie bardzo uregulowane i takie, nazwijmy to w cudzysłowie, „spokojne”. Drugi piękny moment – gdy po długim rejsie, w którym się tęskni za lądem, bo my, ludzie, jesteśmy stworzeniami lądowymi, mary­narz czy rybak wraca do własnego domu, do rodziny, do spraw, do których tęskni w morzu.

Fot. Tomasz Goliński

 

Gdy jesteśmy w morzu, to tęsknimy do lądu, a gdy posiedzimy na lądzie trochę dłużej, to tęsknimy, żeby wreszcie wypłynąć w rejs. I tak się to kolejne koło zamyka:

Niedaleko mojego domu jest las,
Zakamarki nieznane nikomu i mchem porośnięty głaz.
Wielkie sosny pachnące Kanadą i żywicowe łzy,
Które kiedyś w morze wpadną, bursztyny będą z nich.

Niedaleko mojego domu wszystko się zdarzyć może,
Jakiś flirt, forsa, przygoda i żeńszeniowy korzeń.
Niedaleko mojego domu, gdybym tylko chciał wyjść,
Ale proszę, nie mówcie nikomu: najlepiej w domu mi.

 

Fot. Marcel Hovra

 

New Jersey, 28 października 2011
Autoryzacja: 5 lutego 2012

Wywiadem sterowali:   Krzysztof Grubecki i Kazimierz Robak

Zdjęcia w tekście: Tomasz Goliński <http://tomaszg.pl/foto/index.html> i Marcel Hovra


Wesołych Świąt!

► Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną