Trzynastego lutego 1981 r. byliśmy już w drodze powrotnej ze stacji naukowo-badawczej im. Arctowskiego. Co się wtedy działo, łatwo odtworzyć, bo relacje utrwalone zostały w druku.

Wojtek Przybyszewski w swoich Zapiskach z podróży[1]:

 

11.02.81

Falklandy już niemal w zasięgu ręki. Obliczamy, że wieczorem powinniśmy wchodzić do Port Stanley.

Późnym wieczorem kotwiczymy w maleńkiej zatoczce niedaleko wejścia do Port Stanley. Miejsce to ma dziwaczną topografię (widoczna zresztą wyraźnie dopiero za dnia) – wydaje się tu, że zewsząd otacza nas ląd (!). Kiedy spoglądamy na radar, aż ciśnie się pytanie: jak udało się nam tu wejść? Kolejna piątka dla Baranowskiego i piątka z plusem dla Staszka Choińskiego, który – będąc „okiem” – z aptekarską dokładnością podawał w ciemnościach nocy odległości przed dziobem jachtu.

O trzeciej w nocy dobija do nas łódź z r/v „Siedlecki”. Spotkanie aranżujemy na kotwicowisku, bowiem z jakichś przyczyn nasza naukowa jednostka nie może zacumować w porcie. Wizyta z „Siedleckiego” nie trwa długo. „Pogorię” zwiedza grupa naukowców pod wodzą docenta Rakusy-Suszczewskiego. Wszyscy w świetnych nastrojach i dobrej kondycji. Niespodziewanie spotykam wśród nich Maćka Lipskiego – kolejnego klubowicza zamieszanego w sprawę naszej stacji. Błyskawicznie wymieniamy wrażenia z podróży. Po chwili już odbijają od naszej burty. Zostawili zamówione przez nas w kraju akumulatory, korespondencję i… życzenia pomyślnych wiatrów.

 

12.02.81

Zaraz po śniadaniu planujemy wejście do portu. Zanim to jednak nastąpi czeka nas (tym razem mnie i Andrzeja) kolejne nurkowanie. Powodem zanurzenia jest linka od logu Walkera, która przy wczorajszych manewrach (nie po raz pierwszy w czasie tego rejsu) wkręciła się w śrubę. O godzinie 8.00 jesteśmy gotowi do nurkowania. Prawdę mówiąc, planujemy z Andrzejem obejrzenie, przy okazji tego zanurzenia, dna płytkiej, bo liczącej w miejscu kotwiczenia około 15 metrów, zatoki. Niespodziewanie przychodzi jednak silny szkwał i jesteśmy zmuszeni salwować się ucieczką w stronę portu. W Port Wiliam ma miejsce spotkanie z m/s „Żuławy”. Stajemy na kotwicy. Teraz otrzymujemy polecenie zanurzenia się. Pod wodą nie idzie łatwo. Siedzimy ponad 20 minut. Ostatecznie śruba zostaje oswobodzona i znajdujemy jeszcze chwilę czasu, by spenetrować dno w miejscu kotwiczenia. Wyciągamy stamtąd kilka efektownych muszli i rozgwiazd. Będą pamiątki z rejsu.

W południe cumujemy przy drewnianym pomoście w Port Stanley.

Teraz można zwiedzić miasteczko. Widoczne wokół kolorowe domki są skromne. Czasem drewniane, czasem kryte blachą – ale zawsze zadbane. Część z nich przystosowano do nowych potrzeb, jakie zrodziły się na wyspie z chwilą ekspansji turystyki w te rejony. Sporo więc tu kramów i kantorków z pamiątkami, bublami, całą masa towaru, który i tak wykupią złaknieni „nowego” turyści. Do kei podpływają od czasu do czasu duże łodzie motorowe z włoskiego statku pasażerskiego, który zakotwiczył w pobliżu z wycieczką Argentyńczyków i Włochów.

 

Turyści oblegają sklepiki z pamiątkami i bibelotami, Trudno dotrzeć do środka zatłoczonych magazynów. Wystarczą dwie godziny, by móc sobie powiedzieć: „zaliczyłem Port Stanley”.

 

Jednak zupełnie inne wrażenie robi miasteczko, gdy turyści odpływają na swego „pasażera” i miejscowa ludność zaczyna żyć swoim własnym, spokojnym życiem wyspiarzy. Teraz dopiero zrozumieć można sens słów będących tytułem poematu Desa Pecka (notabene właściciela jednego ze sklepików pamiątkarskich), który stał się nieoficjalnym hymnem starej brytyjskiej kolonii: „Wyspy Falklandzkie… maleńki kawałeczek raju”.

W ciągu dnia wielu mieszkańców Port Stanley odwiedziło „Pogorię”. Odnoszą się do nas z wielką sympatią. Nic dziwnego, skoro mile wspominają jeszcze poprzednie spotkania z polskimi żeglarzami. Był tu przecież i Baranowski ze swoim „Polonezem” po pokonaniu Hornu, i Bogucki z „Gedanią”, kiedy wracał z antarktycznej stacji Bellingshausena. Odżywają więc dawne znajomości, powracają wspomnienia…

W nocy Andrzej i Staszek nurkują w pobliżu jachtu. Wyciągają trochę muszli i rozgwiazd. Ja w tym czasie odsypiam zaległości. Możliwości tej sprzyja obowiązujący od rana system wacht trapowych, w czasie których nie ma potrzeby absorbowania wszystkich członków wachty.

 

13.02.81

Piątek – trzynasty!! Choćby nie wiadomo co się działo, dziś z wysp nie wyjdziemy. Przesądnych na statku nie brakuje. Zresztą jesteśmy umówieni w miejscowym radio na nagranie programu o „Pogorii”, a nadto musimy pobrać słodką wodę. Dzisiejszy dzień spędzimy więc jeszcze w Port Stanley.

Rano rusza „Pogorią-2” (tak nazywamy naszą łódź ratunkową napędzaną silnikiem Yamaha) wyprawa nurkowa na wrak dużego żaglowca, który leży gdzieś na dnie zatoki Kidney Cove. Ja nie jadę, bo – po wczorajszym moczeniu się – trochę szwankuję na zdrowiu i wskazane byłoby odczekać z następnymi zanurzeniami. A szkoda! Chłopcy wrócili rozpromienieni i szczęśliwi.

Znaleźli wrak, co więcej: udało im się ustalić przyczynę zatonięcia jednostki. Przywieźli też trochę okazów z dna zatoki. Głównie rozgwiazdy, jeżowce, ślimaki i małże. Do późnej nocy oporządzałem zdobycz, by cokolwiek z tego udało się dowieźć do kraju.

Kiedy jedni nurkowali, a inni zwiedzali miasteczko – ja udałem się na długi spacer wzdłuż wybrzeża naszej zatoki. Pozbierałem trochę muszli leżących wśród kamieni i śmieci morza, kontemplowałem widoki… Z wycieczki tej przyniosłem również ciekawą i zapewne starą butelkę ogładzoną przez falę przyboju, porośniętą pąklami i serpulami. Będzie pamiątka z Wysp Falklandzkich.

Po południu, zgodnie z umową, udaliśmy się do studia Radia Falklandy. Nagrywanie naszych pogoriowych piosenek przerodziło się niebawem w kolejne miłe spotkanie części naszej załogi. Tym razem na lądzie. Bawiliśmy się setnie wykonując kolejne ballady i piosenki. Ciekawe, czy uda nam się jutro usłyszeć, jak wypadło nagranie. Radio Falklandzkie emitować ma program o przybyciu „Pogorii” na wyspę jutro wieczorem. Na wszelki wypadek zapisujemy częstotliwość stacji, ale – jeżeli wszystko przebiegać będzie zgodnie z planem – będziemy już o tej porze daleko od Port Stanley i, sądząc z prognoz pogody, zajęci będziemy przede wszystkim pracą na statku. Przed nami bowiem kolejne dni sztormowania.

14.02.81

Wczesnym rankiem opuszczamy gościnne Falklandy. Zostawiamy w sobie miłe wspomnienia i pamięć o życzliwości, jaka spotykała nas tu na każdym kroku. […]

Wieczorem zbieramy się w nawigacyjnej, by wysłuchać audycji Radia Falklandzkiego o „Pogorii”. Odbiór nierewelacyjny, ale ostatecznie można zrozumieć, o czym mówi Krzysztof udzielając wywiadu Patrickowi Wattsowi na temat naszego rejsu. Później część nagranych przez nas dnia poprzedniego piosenek – i koniec audycji. Druga część zapowiadana jest na najbliższą środę. Nie wydaje się jednak, byśmy mogli ją usłyszeć. Powinniśmy bowiem być już wówczas daleko od wysp, a nadajnik radiostacji (pracującej na częstotliwości 2370 kHz) jest bardzo słaby.

 

15.02.81

Już trzeci dzień bawię się preparowaniem okazów zebranych przez nas w czasie nurkowań na Falklandach. Z rozgwiazdami i jeżowcami idzie stosunkowo nieźle, ale ślimaki są wyjątkowo trudne pod tym względem. Jak dotąd tylko jedną muszlę udało mi się całkowicie wypreparować. Zabawa nie skończyła się więc jeszcze.

Wieczorem zbieramy się w mesie na kolejnej gawędzie. Tym razem Andrzej dzieli się z nami wrażeniami z nurkowań na wraku. Demonstruje też wyłowione tam przedmioty (marynarski sandał, fragmenty olinowania żaglowca, butelki). Później długo jeszcze dyskutujemy na temat organizacji ewentualnej wyprawy na falklandzkie wraki. Wszyscy pod wrażeniem przygód nurków.

Dziś wychodzimy z „pięćdziesiątek”. Teraz trzymamy kurs prosto na N, a więc generalnie: kierunek dom.

 

Andrzej Makacewicz o tym nurkowaniu pisał tak[2]:

– Po wskoczeniu do wody – olśnienie! Kępy długolistnych roślin były na tyle rzadkie, że mogliśmy wśród nich swobodnie pływać. W idealnie przejrzystej wodzie ujrzeliśmy życie, dorównujące wspaniałością temu z raf koralowych. Nigdy nie spodziewałem się, że można spotkać podobne bogactwo form również i tu, w tych chłodnych wodach. W oczy uderzyła feeria barw: wszystkie odcienie czerwieni aż do rażącego swą intensywnością szkarłatu, fiolety, brązy, zieleń wiosennych łąk, biel, błękit i atłasowa czerń. Przed nami niechętnie rozsypywały się jak konfetti stada nakrapianych ryb, przepływa­liśmy obok kolorowych rozgwiazd, jeżowców i ślimaków zamkniętych w finezyjnych muszlach. Zastygliśmy przez chwilkę onieśmieleni widokiem tego przepychu.

Na dnie dostrzegliśmy leżącą jakąś metalową część, a kilka minut później wyrosła przed nami obrośnięta pąklami winda kotwiczna olbrzymich rozmiarów. „A więc jest!” – pomyślałem. W chwilę później zobaczyłem go: sterczące kikuty masztów, spękane drewniane burty, splątane resztki olinowania, leżący w skos niczym zwalone drzewo kawał masztu. Przejmujący to widok, narzucający wyobraźni grozę ostatnich chwil pięknego zapewne niegdyś żaglowca: szalejący sztorm, huk walących się masztów, trzask dartego o skały poszycia, pękające liny i krzyki ginących ludzi. Teraz brzmi to niemalże jak opis sceny z katastroficznego filmu, ale wtedy nie miałem takich skojarzeń. Podniosłem z dna jakiś podłużny przedmiot i oderwałem strupy pąkli – to była ludzka piszczel. Obok dostrzegłem zupełnie nieźle zachowany but.

Weszliśmy pod pochylone dno wraku. Tam, w cieniu, gdzie nawet porosty są rzadkością, widać było drewno w doskonałym stanie. Wcisnąłem się w ciemne zaułki pomiędzy strzaskanymi belkami. Na mój widok nastroszył groźnie skrzela metrowej długości strzępiel. Z połamanej rury zaświeciły skośne, żółte, kocie ślepia. Wsunąłem tam rękę i wyciągnąłem sporą ośmiornicę, która oplotła mnie mackami „ujmując” pod ramię. Łypała groźnie – chyba przeszkodziłem jej w śniadaniu. Po chwili rozluźniła uścisk i uciekła do swej kryjówki, natychmiast przybierając kolor otaczających ją porostów.

Tymczasem Staszek, wciśnięty w jakąś szparę, mocował się z kawałkiem olinowania. Podpłynąłem do niego, ale gdy podniosłem wzrok – na moment zdrętwiałem: metr od siebie ujrzałem wielki wąsaty pysk i olbrzymie oczy! Zaskoczenie minęło jednak szybko – piękna foka Weddella zaczęła wyczyniać wokół nas istne cuda, popisując się niczym tancerka podwodnego baletu. Giętka i zwinna poruszała się z niebywałą elegancją – miała dobry humor i wyraźnie nie mogła zrozumieć, dlaczego dziwne stwory, które odwiedziły jej królestwo, nie podejmują zabawy. Ale my mieliśmy mało czasu. Geograf przyniósł właśnie z powierzchni wiadomość, że trzeba się spieszyć – „Pogoria” sygnalizowała zmianę pogody.

Przystąpiliśmy więc do dalszej penetracji wnętrza wraku. Pokład był zarwany, a część okrętu, otwierając się niczym pomarańcza, ukazała jego ładunek – szyny kolejowe. W pobliżu dziobu dostrzegłem wpół zasypane półmetrowe ogniwo łańcucha, za nim następne. Były ułożone niemal idealnie w linii prostej. Przepłynęliśmy sto, może dwieście metrów. Jest! Olbrzymia kotwica admiralicji wyglądała jednak jak inwalida: jeden z jej zębów był odłamany, opierała się więc o dno poprzeczką.

Znaleźliśmy zatem przyczynę tragedii: kotwica broniła żaglowiec przed zepchnięciem do niebezpiecznej zatoki, lecz pod naporem południowo-wschodniego sztormu – pękła. Nic już nie mogło uratować fregaty przed falą i wiatrem. Ciągnęła więc za sobą kotwiczny kikut aż do skał, przy których znalazła wieczne schronienie.

Podaliśmy sobie ręce. Gest to być może wzniosły, ale w tamtej chwili oznaczał, że myślimy i czujemy to samo.

 

I ja:

Przypadek sprawił, że historia ta zyskała dodatkowy epilog. Kiedy, już osuszeni i przebrani, znaleźliśmy się w mesie, przywitał nas tam dżentelmen o nazwisku John Smith, który przedstawił się jako John „The Wreck”. Jego przydomek – „Wrak” – mówi o wszystkim: John od wielu lat pasjonuje się historią żaglowców zatopionych wokół Falklandów i choć sam, ze względu na stan zdrowia, nie nurkuje, zna ich dzieje w najdrobniejszych szczegółach. Opowieść naszych płetwonurków zainteresowała go w najwyższym stopniu – było to pierwsze świadectwo przyczyny zatonięcia amerykańskiego pełnorejowca „John R. Kelly”, należącego do kolejowej spółki spedycyjnej.

Zbudowany w 1883 roku, na zlecenie tegoż Kelly’ego, 85-metrowy żaglowiec pływał zaledwie szesnaście lat, opisana bowiem katastrofa wydarzyła się w 1899 roku. Trzeba więc było czekać lat aż osiemdziesiąt dwa, by poznać jej rzeczywiste przyczyny.

Cytował (40 lat później, więc niedokładnie)
z książki Wojciecha Przybyszewskiego

 

i własnej

 

 

Kazimierz Robak
sobota 13 lutego 2021


[1] Przybyszewski, Wojciech. „Pogorią” na Antarktydę. Wojciecha Przybyszewskiego zapiski z podróży. Warszawa : nakład własny autora, 1981; str. 160-168.

[2] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk : Wyd. Morskie, 1983. Seria: Sławni żeglarze. ISBN: 8321544088.


7 grudnia 1980 – 17 kwietnia 1981 – rejs antarktyczny Pogorii

Kapitan: Krzysztof Baranowski
zastępca kapitana: Andrzej Marczak
załoga etatowa: Stanisław Bojaruniec (kuk), Wojciech Fok (bosman), Marek Kleban (II mechanik), Romuald Mineyko (I mechanik)
załoga niezawodowa: Henryk Bartoszuk, Dariusz Bogucki, Wojciech Burkot, Stanisław Choiński, Tomasz Gasiński, Janusz „Geograf” Kawęczyński, Zbigniew Kleban, Jan Kłossowski, Włodzimierz Ławacz (do 1981-02-04), Andrzej Makacewicz, Stefan Misiaszek (do 1981-02-04), Ryszard Mokrzycki, Wojciech Przybyszewski, Kazimierz Robak, Wojciech Sławiński, Zbigniew Studziński, Zdzisław Szczepaniak
grupa zaokrętowana na Stacji im. Arctowskiego (1981-02-07): Wojciech Chudzyński, Ryszard Gutkowski, Ryszard Halba, Jerzy Kaszubowski, Jerzy Komorowski, Eugeniusz Moczydłowski, Jan Styczyński, Jerzy Szyłak-Szydłowski

 


► Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną